Monika Żółkoś

Słowacki w teatrze wyobraźni

Didaskalia, 2010-05-01

Ramą Fantazego w reżyserii Piotra Cieplaka jest audycja radiowa.
Spektakl rozpoczyna wystąpienie dziennikarza (Mateusz Ławrynowicz),
który rzuca kilka lekkich komentarzy, osadzających audycję
w lokalnym kontekście. To gdyńskie Radio Gombrowicz, ale nadawany
tu program mógłby pojawić się w każdej niemal komercyjnej stacji,
jest typowym melanżem informacji bez znaczenia, wypowiedzianych
z charakterystyczną manierą – półprywatnie, na luzie, jakby każde
zdanie było przednim dowcipem. Dziennikarz zapowiada radiową
adaptację Fantazego poprzez Gombrowiczowski dylemat „zachwyca
czy nie zachwyca”, który w publicznym obiegu stał się bardziej sztampowy
niż najbardziej upraszczające szkolne interpretacje dramatów
Słowackiego. Można czynić z tego zarzut, bo wymuszanie podziwu dla
wieszcza przestało być kwestią wartą uwagi od czasu „szkoły szyderców”,
ale nie można zignorować faktu, że Cieplak wprowadza tę scenę
ironicznie, choć nie z intencją prostej negacji. Reżyser kpi z konwencji
narzucanych przez komercyjne stacje, a zarazem podejmuje pytania
o Słowackiego, choć przesuwa akcenty, gdzie indziej widzi problematyczność
sięgania po jego utwory przez współczesnych inscenizatorów.
Spektakl Cieplaka to teatralny test. Reżyser poddaje Fantazego
próbie sceny, a dokładniej – próbie języka, sprawdza nośność samego
tekstu, obrazowość stylu, dzisiejszą aktualność pisarskiego idiomu Słowackiego.
Po rocznicowym sezonie pytanie to zasadne, ale kłopotliwe,
bo czy dramaty autora Kordiana przylegają do współczesnej wrażliwości
w sposób niekwestionowalny? Wszak i obraz podmiotowości, który
się z nich wyłania, i narracja o narodowej tożsamości jest niepokojąco
ambiwalentna, a sam język chyba nie w pełni przyswojony, daleki
od przystępności, której domaga się komercyjne medium radiowe.
Pomysł Cieplaka był ryzykowny, bo choć nietuzinkowy, to – wydawałoby
się – starczy na pięć minut spektaklu. A jednak z powodzeniem
wypełnia dwie i pół godziny. Aktorzy gdyńskiego teatru tworzą
słuchowisko radiowe, grają samych siebie w niecodziennej dla nich
sytuacji twórczej. Spektakl rodzi się ze zdarzenia niemal prywatnego
– w zwyczajnych ubraniach, ze scenariuszem w ręku wchodzą niespiesznie
do radiowego studia, są zamyśleni, sporadycznie wymieniają
luźne uwagi. Prywatność tej sytuacji utrzymana zostaje do końca spektaklu.
Czekając na swoją scenę, aktorzy przesiadują na rozstawionych
po bokach krzesłach lub przechadzają się po studiu, ich codzienne gesty
i zachowania są wyciszone, stonowane. Prawdziwy teatr rozgrywa
się w słowie. Cieplak przyznawał w wywiadzie, że inspiracją stał się
zorganizowany w Instytucie Teatralnym cykl spektakli-wykładów Słowacki.
Dramaty wszystkie, które pokazywały teatralność samego tekstu,
a także sposób, w jaki w sytuacji spotkania aktora ze słowem ów teatr
zaczyna się snuć. W gdyńskiej inscenizacji artyści pozostawieni zostali
z dramatem Słowackiego. Wizualne środki są bezużyteczne, wszystkie
napięcia i niuanse znaczeniowe muszą wybrzmieć w sposobie podania
przez nich tekstu. I to się rzeczywiście udaje: mówią Słowackim, wygrywając
wieloznaczności Fantazego, uwypuklając sugestywność i obrazowość
kolejnych sekwencji, odsłaniając ukryty w słowie teatr. Pomysł
ze słuchowiskiem radiowym pokazał, jak silnie w tym dramacie
słowo sczepia postaci, jak otwiera je na siebie wzajemnie, jak pogłębia
i komplikuje łączące je relacje. Teatr w teatrze jest, oczywiście,
skrajnie umowny, nie tylko dlatego, że rozgrywa się w wyobraźni widza,
ale również z tego powodu, że widzimy kulisy tworzenia słuchowiska.
Aktorzy szurają po piasku albo głośno tupią, zaznaczając kolejne
wejścia i wyjścia, pukają we framugę ustawionych na środku studia
drzwi, które obowiązkowo skrzypią, by sygnalizować zmiany w personalnej
konfiguracji. Uciszają się wzajemnie, by prywatne szepty czy
śmiechy nie poszły w eter. Wytwarzają całą warstwę dźwiękową, która
uwiarygodnia radiową adaptację, przydaje jej realizmu, prowokuje
wyobraźnię słuchacza.
W gdyńskim spektaklu najbardziej zastanawia to, co nie jest dyktowane
konwencją słuchowiska: sceniczny naddatek, którego medium
radiowe nie może oddać. Aktorzy budują spektakl poprzez słowo,
a jednocześnie obdarzają swoje postaci gestami i mimiką, które
znaczą w planie wizualnym. Dlaczego? Bo oglądanie sytuacji ze studia
radiowego w skali jeden do jednego byłoby na granicy wytrzymałości? Żeby uruchomić dialektykę identyfikacji i wyobcowania,
skoro nie tylko prywatność aktora bierze w nawias
istniejącą w słowie postać, ale też sugestywność kreacji narzuca
się aktorom do tego stopnia, że zaczynają grać ciałem,
wprowadzają swojego bohatera głębiej? A może to po prostu
przeoczenie twórców spektaklu, którzy włączyli doń rozwiązania
aktorskie niekomunikatywne w medium radiowym? Jestem
zdania, że ów sceniczny naddatek przydaje bohaterom
Słowackiego wiarygodności. W gdyńskiej inscenizacji słowo
Fantazego okazuje się nie tylko przejrzyste, ale też niezwykle
sugestywne, zniuansowane psychologicznie, jak najdalsze
od retoryczności, przez co narzuca się aktorom, prowokuje
do uwewnętrznienia. Rozwarstwienie spektaklu powoduje,
że jest on zarazem umowny i realistyczny, oparty zarówno
na grze wyobraźni, jak i dosłowności scenicznych rozwiązań.
Bez wątpienia przyjęty przez Cieplaka klucz inscenizacyjny
mógłby otworzyć także inne dramaty Słowackiego, jednak
wybór Fantazego wydaje się nieprzypadkowy. Kontekst komercyjnego
radia, konkursy dla słuchaczy, niewybredne komentarze
prowadzącego audycję dobrze przystają do utworu,
który traktuje o spsiałym, małostkowym świecie, degradowanym
przez rosnącą siłę pieniądza. Słowacki uchwycił
moment rodzenia się kapitalizmu, w którym uczucia i ludzie
zyskują konkretną, choć rzadko wypowiadaną wprost, wartość
rynkową. Fantazy (Dariusz Siastacz) za pół miliona złotych
„kupuje” sobie narzeczoną (Olga Barbara Długońska),
córkę zbiedniałego powstańca, który w intratnym mariażu
widzi ostatnią szansę odzyskania dawnej świetności. Słowacki
bierze w nawias ironii nie tylko zdegradowany świat pieniądza,
ale także romantyczne ideały i wzorce zachowań, kiedy
wystylizowanemu literacko samobójstwu Fantazego przeciwstawia
prawdziwe, nieszukające rozgłosu poświęcenie Majora
(Eugeniusz Krzysztof Kujawski), które kładzie kres personalnym
zapętleniom. Fantazy jest utworem wyjątkowo niejednoznacznym,
historycy literatury wciąż spierają się o jego
status i przynależność, niektórzy proponują nawet, by przesunąć
go w stronę twórczości genezyjskiej poety, ze względu
na obecną tu koncepcję ofiary, poświęcenia, odkupienia poprzez
krew. Trzeba przyznać, że aktorom gdyńskiego teatru
udało się oddać ową wieloznaczność i tajemniczość dramatu.
Świetnie radzi sobie Olga Barbara Długońska, wygrywając
dumę, upokorzenie i wyższość swojej bohaterki, uwagę przyciąga
Idalia Doroty Lulki, bardzo dobry jest Major Kujawskiego,
do którego należy przejmujący, gorzki finał spektaklu.
Piotr Cieplak zaproponował dość szczególny sposób
uwspółcześnienia twórczości romantycznego poety. Dobry,
choć jednorazowy, pomysł zaaranżowania sytuacji teatralnej
w studiu radiowym wydobył nośność Fantazego i przejrzystość
języka Słowackiego. Oczywiście, można mieć wątpliwości
dotyczące samego chwytu teatralnego i sprowokowanego
przezeń rozwarstwienia scenicznej rzeczywistości. Motyw
teatru w teatrze to niewątpliwie pomysł bardzo skonwencjonalizowany.
Jednak Cieplak używa go nie po to, by podkreślić
teatralność świata czy marionetkowość ludzkiej egzystencji;
chodzi mu tylko o wypreparowanie sytuacji, w której słowo
dramatu będzie musiało samo się obronić. A to robi nadspodziewanie
dobrze.