Piotr Wyszomirski

Niezwykły zbiór małych potwierdzeń wielkich prawd.

Gazeta Świętojańska, 2010-05-22

„Liliom. Życie i śmierć łajdaka. Legenda przedmiejska w siedmiu obrazach”, najwybitniejszy utwór Ferenca Molnara, twórcy znanego prawie każdemu z „Chłopców z Placu Broni” to przypowieść i trochę bajka dla dorosłych. Linearnie i prosto opowiedziana historia Endre Zavoczkiego, ksywka Liliom, powstała w roku 1908 i zyskała sporą popularność, która zaowocowała licznymi wystawieniami na całym świecie, adaptacją musicalową i kilkoma filmami (m.in. Fritza Langa z Charlesem Boyerem w 1934).
Gdyński spektakl to tak rzadki w naszej okolicy nowoczesny teatr. Aktywny widz może powędrować sobie co najmniej kilkoma ścieżkami interpretacji. Jedna to moralitet z wiodącą rolą Lilioma, który ma w sobie trochę Mackie Majchra, trochę Raskolnikowa, trochę Stanleya Kowalskiego, trochę macho, trochę zwykłego chama. Druga to opowieść o miłości i pożądaniu, uczuciu i seksualności. Czyli o tęsknocie, braku, pragnieniu i niemożności porozumienia.
Jeszcze inna wersja, i nie ostatnia, to opowieść o dominacji i przemocy. Liliom dobrze w mordę daje, a jakże, kobietom także, a one... wręcz tęsknią za tym. (...) Wszystkie te i inne tropy równoprawnie egzystują w tym niby prostym, ale jakże jednak zaskakującym, wciągającym i trzymającym do końca w napięciu (rewelacyjne zakończenie!) tekście, który Grażyna Kania odkurzyła, na nowo przetłumaczyła, postarzyła bohatera ( w oryginale ma 28 lat) i w sposób równie prosty, co intrygujący, zainscenizowała. Całość zuniwersalizowana, wyrwana z kontekstów „tu i teraz", zyskuje niespodziewanie wymiar wręcz biblijny, godny głębszej analizy i dziwi nieobecność tego tak niezwykle bogatego w potencjał znaczeń i odniesień tekstu na polskich scenach.
Gdyńska inscenizacja potwierdza jedną z głównych prawd w sztuce: nieważne co, ważne jak. Zobaczyliśmy w Gdyni to, co od lat cechuje współczesny teatr. Tak rzadko to się zdarza, że pozwolę sobie bezczelnie na kilka oczywistości, czyli krótką charakterystykę języka teatralnego zastosowanego przez Grażynę Kanię.
Przestrzeń teatralna ma więcej niż jeden plan, a ten drugi wcale nie musi być mniej ważny. Aktor, nawet jeśli nieruchomy, może znaleźć się na scenie choćby po to, by zaintrygować pozą, gestem, ruchem. Wszystko jest znaczące, nawet brak i pustka. By powiedzieć, nie trzeba mówić. Można wybiegać, wykrzyczeć albo wymilczeć. Ważne jest tempo i zatrzymanie. Muzyka wyraża emocje, łączy i organizuje dramaturgicznie całość. W tym przypadku jest to magiczny utwór „Lights" zespołu Archive ( 4.07 wystąpią w Gdyni na Openerze). Minimalistyczna, ale funkcjonalna i pomysłowa scenografia (Patricia Walczak), proste, czytelne znaki (LOVE), śmiałe mieszanie tragizmu z komizmem, niedosłowność, pomysłowość, niepokój, dopracowanie każdego detalu, praca każdego z osobna i zespołowa - to wszystko pozwala widzowi na dokonywanie wyborów i budowanie spektaklu w sobie. Ale najważniejszy jest aktor. Odblokowany.
Przyznam, że „Liliom" jest dla mnie niespodzianką. Nie spodziewałem się takiego wystrzału, nie czuło się przed premierą presji i atmosfery oczekiwania na sukces, jak było w przypadku „Fantazego", który ciekawy pomysłem, pozostawił uczucie nie tego niedosytu, który lubię. Kania, zamieszkała od 1997 roku na stałe w Niemczech 39-letnia reżyserka, wycisnęła z gdyńskich aktorów najszlachetniejsze soki. Dzięki temu zobaczyliśmy nowoczesny teatr, bez kompleksów, którym możemy cieszyć się bez podpórek wykonanych w pracowni patriotyzmu lokalnego i uzależnień towarzyskich.
Dariusz Siastacz jako Liliom udźwignął rolę, w której łatwo było się potknąć. Jest przekonywującym draniem, ale i porusza do głębi, gdy obserwujemy jego z góry skazaną na porażkę szamotaninę z przeznaczeniem. Wynosi postać do poziomu antycznej tragedii, jest bezczelny, zwierzęcy, nerwowy, ale też skupiony, momentami zadziwiony, dotyka tajemnicy. Po słabszym okresie mamy jakby nowego Siastacza - odważnego, zdolnego do przekroczeń i niespodzianek.
Rafał Kowal (Ficsur) stworzył kreację, wcielając się w najbardziej tajemniczą postać tragikomedii. Dla mnie to diabeł, żeruje na Liliomie, uruchamia jego najmroczniejsze instynkty. Kowal po raz kolejny imponuje przygotowaniem scenicznym, odważnie wykorzystuje pełną paletę środków aktorskich.
Odkryciem ostatnich miesięcy jest Olga Barbara Długońska (Muskatowa). Po raz kolejny zaskakuje intensywnością gry, tak jakby nastąpiło jakieś niezwykłe doświadczenie, które ją otworzyło, a podejrzewam, że tkwią w tej intrygującej aktorce jeszcze niemałe rezerwy. Jej Muskatowa otwiera galerię czterech kobiet poszukujących miłości. Właścicielka karuzeli jest dobrze sytuowana i wykorzystuje to w swej grze, której celem jest zdobycie Lilioma na wyłączność. To kobieta dojrzała, świadoma swej siły.
Najbliższa romantycznej miłości jest chyba Juli. Katarzyna Bieniek zagrała w skupieniu, ale nie zabrakło jej pasji i żarliwości. Czujemy metafizyczny dotyk prawdy, kiedy Juli, przeczuwając nadchodzące zło, nie chce puścić Lilioma z domu. Świetna rola „najmłodszej gwiazdy". Dorota Lulka, aktorka o stu twarzach, może dopisać kolejny sukces do swej licznej kolekcji. Jej fotografka Hollundrowa ma włosy śpiewaka ulicznego z „Dyzmy", ale lepsze skojarzenia to Melanie Griffith z „Dzikiej namiętności". Fotografka znajduje fizyczne spełnienie z Policjantem ( zabawny i wyluzowany! Mariusz Żarnecki ze swym wielkim karabinem, w swych wspaniałych okularach i w swych seksownie noszonych dżinsach - taki mały majstersztyk ), ale najpewniej nie jest to miłość, bo na tym świecie przecież nie ma już prawdziwej miłości, a jedynie jej pragnienie. Anna Iwasiuta prowadzi swą Mari ostro, ale wnikliwy widz dostrzeże, że głupota przyjaciółki Juli jest tylko maską, pod którą kryje się istota myśląca.
Wisienkę z tortu ukradł tym razem Piotr Michalski, anielski Koncypista. Jest przepyszny, ale nie powiem nic więcej, by nie zburzyć efektu zaskoczenia. Grzegorz Wolf pojawia się na scenie krótko, ale smakowicie - jego Hugo jest rozkosznie głupi. Najmniejsza rola Tokarza (Sławomir Lewandowski), pokazuje, że nawet epizod, co tam - wręcz detal aktorski, może być dopracowany i nośny znaczeniowo.
Zdecydowanie „Liliom" to niezwykły zbiór małych potwierdzeń wielkich prawd. Grażyna Kania rewelacyjnie poprowadziła cały zespół, tworząc w efekcie dzieło zdyscyplinowane, dopracowane, ale i otwarte. Rzadko się zdarza, by chciało się szukać i znajdować tyle sensów po spektaklu teatralnym z Wielkiego Miasta. To po prostu święto teatru. (...)