Jacek Cieślak

Kiedy gwiazda idzie na dno

TEATR, 2015-09-24

Miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo w związku z adaptacją powieści Guntera Grassa „Idąc rakiem”. Osnutej wokół katastrofy niemieckiego statku „Wilhelm Gustloff”, zatopionego zimą 1945 roku wraz z tysiącami niemieckich cywilów. Śmiercionośną torpedę odpalił radziecki matros – jeden z bohaterów przedstawienia Krzysztofa Babickiego, które po sukcesie w Gdyni doczekało się bezpośredniej transmisji na antenie TVP Kultura. Dyrektor artystyczny Teatru Miejskiego nie ukrywał, że magia „Daru Pomorza” domagała się kolejnego przedstawienia, które współgrałoby z aurą żaglowca. Motyw radzieckiej łodzi podwodnej z „Idąc rakiem” wywołał skojarzenie z „Żółtą łodzią podwodną”, przebojem The Beatles, którego tytuł firmował również psychodeliczną animacją z muzyką liverpoolskiej czwórki. Skojarzeń naprowadzających dramaturga Pawła Huellego na temat The Beatles było więcej. Dla widzów w portowej Gdyni nie bez znaczenia jest fakt, że oglądają spektakl, w którym pojawiają się dwa inne porty: Liverpool, skąd pochodzili bitelsi, oraz Hamburg, dokąd młodzi muzycy popłynęli na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, żeby chałturzyć w portowej knajpie. Dodatkowo na topograficzne podobieństwa nakłada się dobrze znany Polakom historyczny paradoks brytyjscy muzycy, synowie zwycięzców II wojny światowej, żyli w miastach zbombardowanych przez Niemców. Przebywając zaś w Hamburgu, mieli okazję podziwiać szybką odbudowę niemieckich metropolii dzięki amerykańskiemu planowi Marshalla.
Na koniec warto wspomnieć jeszcze jedną kwestię, która czyni z Gdyni idealne miejsce do grania spektaklu o The Beatles. Jak każde portowe miasto miała, dzięki marynarzom przywożącym zachodnie płyty, najszybszy dostęp do premierowych nagrań Lennona i McCartneya, które stąd rozchodziły się na całą Polskę. Paweł Huelle był tego świadkiem. Wspomina też jak jego starszy brat z kolegami odtwarzał przeboje The Beatles na gramofonie Bambino w sobotnie i niedzielne popołudnia. Kilkanaście piosenek tworzy muzyczną ścieżkę spektaklu. I to jest wielka atrakcja wieczoru na „Darze Pomorza”

Dwa rodzaje orgazmu
Najtrudniejszym zadaniem dla Pawła Huellego było znalezienie dramaturgicznego wehikułu, który uruchomiłby muzyczną historię, przenosząc bohaterów pomiędzy Wielką Brytanią i Ameryką, dokąd wyjechał John Lennon i gdzie został zastrzelony przez szaleńca. Powiedzenie „Gdzie diabeł nie może tam babę pośle” nie jest pewnie kaszubskie, ale idealnie otwiera temat spektaklu: bohaterkami Żółtej łodzi podwodnej są…dwie groupies. Krzysztof babicki pokazał dwie stare hipisiary: Polly (Dorota Lulka) i Molly (Elżbieta Mrozińska), w domu opieki społecznej. Poruszają się z trudem, a jedna z nich wegetuje na wózku inwalidzkim. Robią na drutach i narzekają na Margaret Thatcher, bo doprowadziła je do nędzy ostrą liberalną polityką. Pokolenie polskich fanów The Beatles może odnieść ten motyw do własnych doświadczeń reformy Leszka Balcerowicza. Polly i Molly mają jednak coś, czego żadna reforma zabrać im nie może: wspomnienia seksualnych przygód z Paulem i Johnem.
Trzeba przyznać, że groupies sportretowane przez Pawła Huellego były niezwykle wytrwałe w swoich pielgrzymkach za The Beatles. W Hamburgu konkurowały z gotowymi na wszystko niemieckimi dziewczętami. W Nowym Jorku okazały się atrakcyjniejsze niż Amerykanki. To wtedy McCartney miał grać Polly „Yesterday”. Dla wszystkich tych, którzy znają twórczość Pawła Huellego, spore zaskoczenie może stanowić bezpruderyjność z jaką podejmuje temat seksu i narkotyków. Niemal klasyczne, pełne niedopowiedzeń pisarstwo autora „Weisera Dawidka” ma nowy rozdział godny brutalistów. Marycha, LSD, koka, „robienie laski” i tym podobne tematy, charakterystyczne dla rewolucji obyczajowej, którą współtworzyli The Beatles, grają ważną rolę językowej ekspresji bohaterów „Żółtej łodzi podwodnej”. Stanowią wręcz jej motor. Ale, co najważniejsze, są wyrazem dystansu pisarza do opowiadanej historii. Huelle, prywatnie miłośnik Bacha, poznając historię Paula i Johna z wielu biografii i opracowań, nie poddał się bezkrytycznej wizji gwiazd eksponującej przystojnych młodzieńców, którzy komponowali przebojowe piosenki. Użycie motywu groupies – dziewczyn dążących do orgazmu w czasie i po koncercie – pokazuje dobitnie, jak lata sześćdziesiąte wywróciły do góry nogami hierarchię młodych ludzi. Najważniejsze stało się bycie na haju, szukanie nowych wrażeń. Dlatego centralną postacią spektaklu, w którym sceny wspomnień groupies oraz rozmów Paula i Johna mieszają się, przechodząc płynnie jedna w drugą, jest Lennon (Szymon Sędrowski). Nie odstawia używek ani na chwilę. Oglądamy go w towarzystwie Yoko Ono (Monika Babicka), m.in. w białym łóżku podczas słynnego pacyfistycznego protestu pod hasłem Make Love Not War. Polly i Molly zastanawiają się, co poza seksem sprawiło, że Lennon odszedł od swojej pierwszej żony Cynthii. Rozmowa Johna z Ono przekonuje, że ekscytował się każdym rodzajem eksperymentu – życiowym i artystycznym. Liczyła się przede wszystkim „odlotowość” doznań oraz fakt, że w kontrze do tradycyjnej sztuki wszystko może się kojarzyć ze wszystkim, zaskakiwać i bulwersować. Lennon w sztuce Huellego mówi: „Niczego nie żałuję. Płynęliśmy z seksem, trawą i prochami. To się już nigdy nie powtórzy. To były lata sześćdziesiąte”.

Hipokryzja Lennona

Lennon ma na myśli wyjątkowość czasów, w których żył i które współtworzył. Ale przemawia przez niego również pycha gwiazdy, która uważa się za nietykalną. Ta sytuacja ma w spektaklu dwa różne konteksty. Jeden współtworzy postać londyńskiego Policjanta (Andrzej Redosz), który specjalizował się w doprowadzaniu przed sąd artystów nadużywających narkotyków; drugi zaś – Chapman (Piotr Michalski), szaleniec uważający się za kosmicznego brata – bliźniaka Johna.
Policjant jako przedstawiciel ziemskiego ładu zostaje przez bitlesa znieważony, wykpiony. Lennon chełpi się swoimi wpływami i gardzi wszystkimi śmiertelnikami, ale Chapman chce być bohaterem całkiem innego ładu – boskiego. Mówi o moralnych zasadach, które Lennon łamie. Krytykuje go za hipokryzję. Powtarza, ze tak powinno znaczyć tak, a nie – nie. Przypomina w tym bohaterkę innego tegorocznego spektaklu – „Męczenników” Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa, która również domaga się przywrócenia klarownych, biblijnych zasad życia. Chapman obnaża również miałkość rozmów Lennona i McCartneya (Rafał Kowal) – o seksie, pieniądzach, sławie. To, co stanowi kwintesencję życia gwiazd pop i milionów ich wielbicieli na całym świecie – zostaje przekreślone jednym strzałem. Paradoksalnie, potwierdza się to, co mówiły na początku sztuki Polly i Molly: że w dzisiejszym świecie liczą się tylko celebryci i terroryści. To niezwykle trafna metafora naszego życia, rozdartego pomiędzy próżnością i ekshibicjonizmem a – doprowadzonym do skrajności – pragnieniem ładu.
Są jednak w sztuce Huellego tropy, które pozwalają twierdzić, że założyciel The Beatles był świadomy tego, w jakim szaleństwie bierze udział. To on przecież powiedział, ze The Beatles stali się popularniejsi od Jezusa. „Żółta łódź podwodna” dowodzi, że nie było to stwierdzenie pełne pychy. Lennon wyraził zawód, że on, muzyczny idol, stał się dla milionów młodych ludzi ważniejszy od Chrystusa. Paweł Huelle i Krzysztof Babicki poszli tym tropem i pokazali The Beatles od kulis, bez lukru. Bo chociaż piosenki liverpoolczyków wywołują w nas skojarzenia z niewinnością, młodością i miłością – historia kwartetu dała przecież początek przerażającym zjawiskom, których ofiarami zostali Hendrix, Joplin, Morrison, Cobain. I jeśli nawet stali się oni popularniejsi od Jezusa, to ich ofiara, jeśli można mówić o ofierze, była całkowicie pozbawiona sensu. Skończyli na dnie.