Grażyna Antoniewicz

Solo na kontrabasie

Dziennik Bałtycki, 2004-12-13

W foyer Teatru Miejskiego w Gdyni zbudowano scenę. W fotelu tyłem do widowni siedzi Dariusz Siastacz. Słucha muzyki, w powietrzu maluje dłonią płynące frazy. Odwraca się i nieoczekiwanie... zaczyna strofować wchodzących. Zabrania kasłać, telefonować. Wita przyjaźnie spóźnioną parę. Nie wiadomo kiedy stajemy się częścią monodramu "Kontrabasista" Patricka Süskinda.
Bohater sztuki – muzyk państwowej orkiestry symfonicznej – prowadzi prelekcję z instrumentalistyki. Dowiadujemy się, że kontrabas to potomek basowej violi gda gamba itd. Kontrabasista pyta, czy wiemy, ile zapłacił za smyczek? Schodzi ze sceny, rozmawia z widzami. Publiczność reaguje żywiołowo i coraz bardziej przejmuje się jego losem. Współczuje mu, że gra w ostatnim rzędzie orkiestry, marząc o sławie i pieniądzach. Na dodatek, kontrabas panoszy się w pokoju, drwiąc z erotycznych poczynań 35-letniego muzyka. Stąd seksualna niemoc i dwuletnia abstynencja. Tymczasem z orkiestrą próbuje właśnie młodziutka sopranistka Sara. Niestety, pozwala tenorom zapraszać się do restauracji rybnej (na solę za 50 zł). A przecież on, kontrabasista też by mógł czasami zabrać ją na kolację, mimo iż zarabia zaledwie 1200 zł!
Siastacz na przemian jest wzruszający i śmieszny. - My, muzycy niemieccy, jesteśmy najlepsi – zapewnia, a widzowie pokładają się ze śmiechu.
Od pierwszych scen panuje nad publicznością. Przez dwie godziny nie można oderwać od niego oczu. Cały monolog wygłasza pomiędzy przyciskiem "play" sprzętu hi-fi a kontrabasem, prezentując muzyczne fragmenty. Siastacz za solówkę na kontrabasie dostał gorące brawa. Po przedstawieniu publiczność nie chciała puścić go ze sceny.
"Kontrabasista" w reżyserii Jacka Bunscha to świetna teatralna robota, a Dariusz Siastacz udowodnił, że jest aktorem z charyzmą. Aranżację przestrzeni przygotował Tadeusz Smolicki.