Jarosław Zalesiński

Fatum konserw mięsnych

Dziennik Bałtycki, 2008-04-01

Po pierwszych aktorskich kwestiach na premierze „Świętej Joanny szlachtuzów” w Teatrze Miejskim w Gdyni pomyślałem, że chyba pomyliłem przedstawienia. Wiadomo przecież, jak powinien brzmieć na scenie tekst Brechta. Mikst kabaretu, musicalu, teatru absurdu – tak to powinno wyglądać. Tymczasem aktorzy w przedstawieniu Jarosława Tumidajskiego recytują Brechta tak, jakby to był Szekspir. Podniośle wygłaszają frazy o konkurencyjnej walce między producentami konserw mięsnych i o technikach bicia świni, jakby to były wydarzenia z kronik szekspirowskich. Tumidajski wystawił nieznany na polskiej scenie tekst - w Gdyni ma on swoją prapremierę – niemal tak, jakby to był antyczny dramat. Tyle, że rozgrywający się współcześnie.
Z czasem widz zaczyna się oswajać z deklamatorskim tonem przedstawienia, a nawet zauważa, że jest ono w całości rodzajem turnieju recytatorskiego. Bohaterowie ustawiają się w świetle reflektorów, mówią na dawany skądś sygnał upewniając się, jak wypadł ich monolog. Grają przed nami grane przez nich przedstawienie. Tak jakby ponad wypadkami z lat kryzysu mięsnego w Chicago w latach 30. budowała się druga historia, składająca się z tego wszystkiego, co się na temat tych wydarzeń opowiada. Baza i nadbudowa. Tak jakby.
Co zastanawiające, deklamują wszyscy. Od tej strony patrząc na bohaterów, trudno pokazać tych dobrych i tych złych. Bez dwóch zdań Paulus Snyder (Sławomir Lewandowski), pełen hipokryzji lider organizacji Czarnych Kapeluszy, organizacji charytatywnej a la Armia Zbawienia, ma w nosie wyzyskiwanych proletariuszy i dba tylko o swój religijny biznes. Wysadzany sztuczną biżuterią jak Jabloneksu krucyfiks, jakim się posługuje, wystarczająco wiele mówi o obłudzie instytucjonalnej religii (bo o nią tu chyba chodzi). Ale czy na przykład związkowi i strajkowi aktywiści są od niego lepsi? I czy lepsi są sami proletariusze, gotowi wszystko sprzedać za miskę zupy? O potentatach branży mięsnej nawet nie wspomnę. Najbardziej zastanawiające jest to, że wzniosłe monologi wygłasza też jedyna, zdawałoby się, pozytywna w tym towarzystwie postać, tytułowa Joanna (Julia Balsewicz), aktywistka Czarnych Kapeluszy; porucznik Pana Boga, jak sama o sobie mówi. W plastikowej koronie wokół służbowego czarnego kapelusza i ona wydaje się – przynajmniej dopóki nosi ten kostium – tylko imitacją prawdziwego Chrystusa.
Taka byłaby tu więc nadbudowa – wszystkie, bez specjalnego rozróżnienia, ideologie, które deklamują tylko, że bronią człowieka przed nieludzkim wyzyskiem. A co jest bazą? Rzeczywistością, a nie ideologią? Pokazuje to nam Tumidajski na jednej z projekcji wideo, dla których ekranem jest tylna ściana wykafelkowanej, zimnej hali zakładów mięsnych, w której rozgrywają się wszystkie wypadki. Na owym pokazie wideo na ekranie widzimy całego we krwi, nagiego człowieka. Podobnie na średniowiecznych obrazach przedstawiano czasem scenę Ecce homo – ubiczowanego, udręczonego Jezusa, pokazywanego tłumowi. Ecce homo - oto człowiek, w całym jego upokorzeniu i udręczeniu.
Dla ludzi o wrażliwych nerwach niesympatyczny to o kłopotliwy widok. Właściwie trudno się nam nawet dziwić, że wolimy go sobie zasłonić takimi czy innymi ideologiami. Nawet król rzeźni Pierpont Mauler zasłabł na scenie w czasie tego pokazu. Co prawda, chyba udawał, bo na tej swojej inscenizacji zrobił potem znakomity interes, ale w wielu innych momentach nie mamy powodu wątpić, że ten człowiek, sprawca całego zła, nie jest złym człowiekiem. Tak go właśnie, znakomicie, jako człowieka zawsze z jakimś niedopowiedzeniem, zagrał Jakub Kamieński. Tylko…tak to już jakoś jest, że wszystko, co Mauler robi, zamienia się w jego kolejny zysk. A Joanna, ile razy stara się jemu przeciwstawić, tylko mu w tym dopomaga.
Jest rzeczywiście jakaś analogia między przedstawieniem Tumidajskiego a antycznym dramatem. Jak u Greków nad wszystkimi bohaterami i wydarzeniami znajdowało się Przeznaczenie, tak, nad wszystkim, co dzieje się na scenie u Tumidajskiego znajduje się – Zysk. Brecht uchwycił tę zasadę w swojej epoce w swojej epoce. Gdyński spektakl wychodzi poza kontekst tamtego czasu. Akcja strajkowa kojarzyć się na przykład może z tworzeniem MKZ Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. A gdy triumfujący w finale Mauler ogłasza „jednoczę wszystkie wasze fabryki we wspólnym rynku” niczym się nie różni od szefa globalnej korporacji.
Mam przekonanie, że Jarosławowi Tumidajskiemu udała się rzecz niezwykła, coś co cechuje przedstawienia wybitne. Poprzez teatr pokazał nam zasadę, na jakiej oparty jest świat, w którym dziś żyjemy, ów powszechny „ustrój kupna i sprzedaży”. Nie są tacy znów źli tworzący go ludzie (no, poza granym przez Dariusza Siastacza maklerem Sliftem, ucharakteryzowanym jak grany przez Nicholsona Joker w „Barmanie”). Sęk w tym, że dobre jest tu tylko to, co korzystne. Kto tego na czas nie zrozumie, wypada z gry.