Jarosław Zalesiński

Dobroć nie istnieje

TEATR, 2008-06-06

W „Świętej Joannie Szlachtuzów” Brecht przeczuł i opisał mechanikę „ustroju kupna i sprzedaży”. Niewiele tu od czasów Brechta się zmieniło. Co do samej zasady, być może nie zmieniło się nic. To właśnie, chociaż nie tylko to, pokazuje Tumidajski.
Że reżyser oczyścił tekst ze wszystkiego, co zbędne, widać na scenie, zanim jeszcze pojawią się aktorzy. Widzowie usadowieni na specjalnie wybudowanym podeście mają przed sobą pustą przestrzeń jakiejś opuszczonej chłodni lub magazynu. Zimną, wykafelkowaną, pustą, z boków ograniczoną białymi roletami. Na wprost stalowe drzwi, jakby windy towarowej. Za chwilę rozchylą się i one i wyjdą z nich pracownice organizacji charytatywnej Czarnych Kapeluszy, Marta (Dorota Lulka) i Joanna (Julia Balsewicz). Efektowne mają entrée, bardzo teatralne, w takt muzyki i szelestu dolarów, hojnie rozrzucanych przez Joannę. Ta teatralność, tym bardziej uderzająca na tle świadomie ubogiej scenografii, powtarza się potem w kwestiach kolejnych postaci. Tumidajski z jakiegoś powodu każe im wszystkim raczej deklamować, niż grać „naprawdę”. Do tego stopnia, że aktorzy, bywa, ustawiają się po wygłoszeniu tekstu w świetle reflektorów, pytają jakiegoś niewidocznego reżysera, czy już mówić albo czy dobrze wypadli.
Po co właściwie ten ciągły cudzysłów, to stale przypominanie nam, że jesteśmy w teatrze? Bo teatrem jest tu wszystko, co się mówi. Teatrem, grą, udawaniem. „Mój głos nawykł już udawać” – wyznaje Pierpont Mauler (Jakub Kamieński), król szlachtuzów, drapieżny rekin rynku mięsnego, oponent Joanny. Nieważne, kim jest aktor deklamujący akurat na scenie swoją partię (zresztą niektórzy występują w kilku rolach) – wszyscy w coś grają. Hodowcy bydła i działacze związkowi, aktywiści kościoła Czarnych Kapeluszy i pozbawieni godności bezrobotni, gotowi za miskę zupy na każe świństwo. Każda z tych ról to ostatecznie jakaś ideologia, prorynkowa, syndykalistyczna, religijna (nie wyłączając tej, której symbolem są kremówki – dopisanej przez Tumidajskiego), charytatywna i jaka tam jeszcze. Nawet pełna bożego zapału Joanna, dopóki występuje w mundurze Czarnych Kapeluszy, ze śmieszną plastikową koroną cierniową wokół regulaminowego beretu, nie wychodzi poza granice ideologicznych przemówień.
Co tu zatem jest naprawdę? Kafelkowa ściana w tle staje się od czasu do czasu ekranem, na którym Tumidajski wyświetla napisy i obrazy. Tam właśnie zobaczymy to, co wydaje się w tym wszystkim nieme, czyli prawdziwe: nagiego, umęczonego, oblanego krwią człowieka. Obraz ludzkiej nędzy, krzywdy, poniżenia. Ecce homo – chciałoby się powiedzieć. Nawet sam Pierpont Mauler mdleje z wrażenia na ten widok.
Bądźmy jednak ostrożni, zanim zaufamy jego wrażliwości. Mauler w kieszeni nosi list od swoich dobrych przyjaciół z Nowego Jorku, którzy informują go, że to najlepszy moment, by zacząć skupować mięso. Omdlenie – czy i ono nie było grą? – wypadło tak przekonująco, że gdy Mauler przejmuje całe dostępne zapasy tuszy, wygląda to prawie jak działanie altruistyczne. W rzeczywistości robi to, co leży w jego interesie. Rzeczywistością bowiem jest tylko jedno – interes, profit, kalkulacja. Zimne to jak kafelki w chłodni, ale czy nie prawdziwe?
Mechanika ustroju „kupna i sprzedaży”, jak ją wypreparowuje z tekstu Brechta Tumidajski, sprowadza się właśnie do tej jednej zasady zysku. Niezależnie od tego, co robimy, co mówimy i czujemy, wpisujemy się w mechanizm rynkowej konkurencji. „Lecz to interes, w którym idzie o to, czy w mojej klasie zajmę pierwsze miejsce” – wywodzi Mauler. Wie, co mówi. Zresztą wszystkie szlachetne porywy serca Joanny nakręcają ów mechanizm tak samo jak egoizm Maulera. „Istnieje więc dobroć” – mówi w pewnym momencie Joanna, gdy wydaje się jej, że sprawy przybrały pomyślny obrót dzięki gestowi dobrej woli Maulera. Nie wie, że tak naprawdę gest ów daje szansę na jeszcze większe zyski. Jam jest częścią tej siły, która wiecznie dobra pragnąc, wiecznie czyni zło – raczej tak mogłaby o sobie w wielu sytuacjach powiedzieć. Mauler jest interesowny, ale jest tez rozdwojony – chciałby czynić dobro, ale nie pozwala mu jakaś wyższa siła. Jakub Kamieński świetnie wygrywa niejednoznaczność tej postaci, ni złej, ni dobrej, zdolnej i do hojności, i do łajdactwa. Nawet same stroje Maulera, raz biała kurtka z kapturem jak u „ziomka”, raz garnitur w prążki jak u młodego biznesmena, mówią o tej jego podwójności. Ba, w Maulerze budzi się nawet czasem metafizyczne poczucie odpowiedzialności: „czuję na sobie tchnienie zaświatów” – mówi, spotykając po raz pierwszy Joannę i wtedy światła na scenie przygasają, jak świece w kościele przy nagłym podmuchu.
Cóż z tego jednak i cóż z poświęceń Joanny, skoro świat opiera się na jednym tylko – na korzyści? Korzyść staje się jakimś zastępczym fatum kierującym losami bohaterów, niezależnie od tego, jakie są ich motywacje i charaktery. Tyle że los ma w przedstawieniu Tumidajskiego nie maskę greckiego aktora, lecz twarz bawiącego się ze złem Jokera z „Batmana”, granego przez Jacka Nicholsona. Podobną do Jokera szminkową charakteryzacje nosi makler Slift (Dariusz Siastacz), biznesowy kompan Maulera, który zawsze przypomina, że ważniejszy od wszelkich sentymentów jest- interes. Nie tyle nawet bawi się on złem, bawi się nim właśnie Joker, ile dba o to, by ze świata zawsze wycisnąć dla siebie korzyści, ile tylko się da. Co zresztą jest chyba gorsze od zabawy. Zabawą można się znudzić, na dotychczasowych zyskach poprzestać nie sposób.
Jest z tej zamkniętej rzeczywistości tylko jedno wyjście, widoczne w przemianie, jaką przeżywa Joanna. Gdy za niesubordynację Czarne Kapelusze zdzierają z niej służbowy uniform, w następnych scenach, aż do finału, pojawia się ona w różowym sweterku i podartych różowych podkolanówkach. Wygląda jak zgwałcona dziewczynka. Sam gwałt – niepotrzebnie dosłowny – oglądamy zresztą na scenie. Finałowa śmierć Joanny to śmierć niewinnej ofiary. Gdy Joanna umiera, spod wykafelkowanej ściany wypływa krew, którą Mauler rozmazuje jej na twarzy. To ta sama zapewnie krew, którą widzieliśmy na ciele umęczonego człowieka. To nim stała się Joanna. Zgodzić się na rolę ofiary, to wyjść ze świata, który rządzi się tylko zyskiem.
Można mieć przedstawieniu Tumidajskiego za złe to i owo, zwłaszcza przebijające się w różnych momentach, na przykład we wspomnianej scenie gwałtu czy w rzutnikowych projekcjach, posługiwanie się niepotrzebnie mocnymi efektami. Siła tego spektaklu polega jednak na jego konstrukcji, a nie na gadżetach. Można chwalić za myślową konsekwencję, pracę z aktorami. Dla mnie wyjątkowość inscenizacji polega na umiejętnym przekraczaniu umownej granicy dzielącej scenę i widownię. Rzeczywiśtość sceniczna obejmuje samych widzów. I tak Dorota Lulka jako Pani Luckerniddle kwestuje wśród publiczności na rzecz bezrobotnych i pokrzywdzonych, rzecz jasna nie dostając marnego grosza do puszki. Oto Sławomir Lewandowski jako Robotnik buntuje się, gdy ma wynosić elementy scenografii ze sceny, bo przecież pracuje na etacie aktora, a nie inspicjenta. Przypominając konsekwentnie o teatralnej umowności wydarzeń, o tym, że wszystko jest tu tylko mówione, Tumidajski buduje pomost między sceną a widownią. Aktorzy są tu w pracy, widzowie kupili bilety. „Wszystko pozostaje w wielkim obrocie towarowo-gwiezdnym” – można tylko powtórzyć za Brechtem. I nie ma wyjścia poza tę orbitę, chyba że ktoś chce pójść droga Joanny.
Nie wiem jak inni widzowie, ja jednak wybrałem korzyść, czyli wierszówkę (choć skromną) za ten tekst. Tumidajski wziął za spektakl honorarium…Choć jemu akurat się należy. To szczególne przedstawienie.