Piotr Wyszomirski

Krótki, a bardzo smutny spektakl o miłości i zabijaniu. "Woyzeck" w Teatrze Miejskim w Gdyni

Gazeta Świętojańska, 2009-03-09

Dariusz Siastacz uniknął pułapki porównań i zbudował własnego Woyzecka: spokojnego, niehisterycznego, normalnego człowieka, który próbuje zachować człowieczeństwo w świecie pozbawionym wartości i zasad. Właśnie w kontraście do oczekiwań kreacja Siastacza wydaje się najciekawsza..
Woyzeck Siastacza to także „kawał chłopa”, co burzy trochę realizm konfliktu z Taburmajorem Mariusz Żarnecki). Sceniczny Woyzeck jest potężniejszy od swego rywala i spokojnie mógłby dać mu w mordę i byłoby po sprawie. Sceniczne podkreślanie atrybutów złodzieja serca Marii budzi śmiech ( „jakie on ma szerokie bary” – Żarnecki jest b.szczupły) lub niedosyt ( w scenie, gdy stojąc frontem do widowni Taburmajor sugeruje rozmiar i możliwości swego przyrodzenia, aż się prosi o zachowanie a la Michael Jackson lub Axl Rose, a mamy tylko jeden nieśmiały ruch lędźwiami).
Elżbieta Mrozińska jest najlepsza na scenie, gdy jest sama. Jej Maria to postać rozdarta, w której popęd walczy z uczuciem. Warto posłuchać Mrozińskiej, by poznać jej inne oblicze. Aktorka, gdy nie jest wbita w gorset schematu, potrafi zagrać poruszająco.
I wreszcie Filip Frątczak, czyli Andrzej, kompan Woyzecka. Nie ma za dużo do grania, ale prawie każde jego pojawienie się na scenie coś wnosi. Tytułowy bohater bez Andrzeja byłby postacią uboższą, a scena pożegnania z przyjacielem mi przypadła do gustu najbardziej z całego przedstawienia. Czekam na pierwszoplanową rolę Filipa Frątczaka nie tylko w monodramie. Jestem ciekaw, jak ten bardzo kreatywny aktor wpłynąłby na cały zespół, gdyby dostał szansę.